Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
104 posty 222 komentarze

Przyczynek do Wolności

Stan Tymiński - Budowa Polski Narodowej

40 rocznica mojej firmy w Kanadzie

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

40-lecie firmy Transduction. Sukces dla Polski - Andrzej Kumor rozmawia ze Stanisławem Tymińskim

  

Andrzej Kumor: Pana firma Transduction obchodzi czterdziestolecie, wielki, piękny jubileusz. Firma, którą kiedyś Pana przeciwnicy, gdy kandydował Pan na prezydenta Polski, określali jako zakład elektromechaniczny, sugerując, że Pan jest człowiekiem, który naprawia telewizory, ta firma właśnie pozwoliła Panu wejść do polskiej polityki. Pana sukces w tej dziedzinie o mały włos nie spowodował, że zostałby Pan prezydentem naszego kraju. Pierwsze pytanie się więc samo narzuca – jak to się robi? Jak emigrant, który przyjeżdża do Kanady bez pieniędzy, jest w stanie osiągnąć taki sukces?
 
Stanisław Tymiński: To była trudna droga, ale udało się w tym sensie, że przez 40 lat od chwili rejestracji firmy Transduction jako korporacji – od tej daty liczymy czterdzieści lat, co akurat wypada dzisiaj – nasza firma każdego roku zarobiła pieniądze. I to się liczy, bo jeśli ktoś zarabia pieniądze tylko przez jeden rok czy raz na pięć lat, to nie jest tak dobrze. A w naszym przypadku udało nam się w każdym roku mieć zysk i to się liczy. Dzięki temu firma dała dobre życie nie tylko mnie, mojej rodzinie, ale też wielu pracownikom. Mieliśmy dzisiaj małą uroczystość z pracownikami i wszyscy są zadowoleni, że mają dobrą pracę i dobrą przyszłość. I to się liczy nie tylko w Kanadzie, ale na całym świecie.
 
– Pamięta Pan okres początkowy, co Panu dawało siłę w tamtych czasach?
 
– Po pięciu latach w Kanadzie – pracowałem dla wielu różnych firm...

– W tej samej dziedzinie?
 
– Tak, w tej samej dziedzinie.

– Raczkował przemysł komputerowy?
– Wtedy nawet nie było komputerów, były takie proste maszyny księgowe. Pracowałem dla Phillipsa przez rok, później dla Hewlett-Packarda, dużej firmy amerykańskiej. Wtedy nie mieli komputerów, mieli kalkulatory. To, co mnie zapędziło we własny interes, to była dyskryminacja.
Dyskryminacja mnie, jako Polaka, w tych firmach. Jedna holenderska, druga amerykańska, z kierownictwem amerykańskim, a ja miałem nieodpowiedni akcent. Mój akcent polski nie był mile widziany, tak że miałem nałożony pułap promocji i powiedziano mi prosto w oczy, że z moim akcentem daleko nie zajdę.
Potraktowałem to bardzo ambicjonalnie, nie podobało mi się to, i powiedziałem, że w takim razie niewolnikiem w tych firmach nie będę, i zacząłem budować zdolności konieczne do założenia własnego interesu. Tak że w roku 75 – właściwie zacząłem budowę firmy już w 74 w wielkiej desperacji, z bardzo małą ilością kapitału – założyłem tę firmę, w nadziei, że będzie to przedsiębiorstwo, które nigdy nikogo nie będzie prześladowało ani dyskryminowało ze względu na akcent czy pochodzenie. I tak się stało, przez czterdzieści lat jestem wierny tej zasadzie.
Jeśli chodzi o trudności związane z prowadzeniem czy z założeniem interesu, to zawsze są. Pierwsze trzy lata są zawsze bardzo trudne, bo brakuje kapitału. Ale po trzech latach firma stała się tak rentowna, że to przechodziło ludzkie wyobrażenie.
– Złapał Pan falę komputeryzacji?
– Nie tylko to. Zdobyłem zaufanie klientów, a o to głównie chodzi.
– Wówczas akcent już nie przeszkadzał w zdobywaniu tego zaufania?
– Tak, wtedy kupowali. No bo przez pierwsze trzy lata nie jest pewne, czy będziesz w interesie, czy może wypadniesz, bo wiadomo, że większości nowych firm się nie udaje.
Klienci mi mówili prosto w oczy – nie mamy do ciebie zaufania, jesteś zbyt nowy w tym interesie. No tak, robiliśmy z tobą interesy, kupowaliśmy od ciebie przyrządy Hewlett-Packarda, ale to było co innego. Za tym stała duża firma amerykańska, a tutaj jesteś sam i my nie wiemy, czy jesteśmy bezpieczni, bo dzisiaj jesteś, jutro cię może nie być.
– Jakie to były produkty, z czym Transduction weszła na rynek?
– Na samym początku firma zajmowała się sprzedażą czujników do komputerów i kalkulatorów – wchodziliśmy w ten wczesny okres automatyzacji. Ja zaplanowałem taki model biznesu, żeby oferować czujniki temperatury, ciśnienia, odległości, różnego rodzaju, bo komputer bez tych czujników nic nie czuje i nic nie widzi. To było zadanie bardzo trudne, ponieważ wymagało wysokiego stopnia specjalizacji nie tylko w elektronice, ale przede wszystkim w metalurgii, w chemii i w wielu przypadkach wchodziła w grę radioaktywność, jak w przemyśle nuklearnym, więc bardzo szybko musiałem się tego nauczyć. Ale dzięki temu, że w Polsce otrzymałem wielostronne wykształcenie, było to dla mnie łatwe.
W krótkim czasie zostałem ekspertem od czujników w Kanadzie. A razem z czujnikami pojawiły się komputery. Wówczas zacząłem oferować 12-bitowy komputer, który był na dzisiejsze czasy bardzo prymitywny. Miał perforowaną taśmę tak jak teleks. Ale on był bardzo potrzebny wielu firmom, które prowadziły badania geofizyczne na ziemi. Po prostu umieszczali czujnik do monitorowania złóż podziemnych pod samolotem czy helikopterem i ten komputer na pokładzie z dużą taśmą rejestrował i potem to było analizowane przez duży komputer IBM. Na to było wtedy duże zapotrzebowanie, taki niezawodny komputer zaoferowałem.
– To już była Pana konstrukcja, w Pana firmie ten komputer powstał?
– Nie, to był komputer firmy amerykańskiej, ale myśmy do tego dorabiali wiele rzeczy, które były potrzebne firmom geofizycznym. No i właściwie to nas wsadziło w interes komputerowy tak silnie. W tej dziedzinie był tak duży wzrost, że musiałem zostawić czujniki. Biznes, który zbudowałem na czujnikach, straciłem, bo nie było nikogo, żadnego specjalisty, który mógłby się tym zająć, a który byłby wszechstronny, jeśli chodzi o wykształcenie, i dawał sobie radę z czujnikami od strony technicznej.
Wtedy zaczął się szał komputerowy. Oferowaliśmy coraz nowe urządzenia komputerowe, zaczęliśmy produkować swoje własne systemy komputerowe. Po trzech latach firma była w bardzo dobrej pozycji finansowej.
– Wtedy przyszedł okres takiego wyrównania?
– Tak. Na początku firma rosła powiedzmy sto procent na rok, co było bardzo dużym wzrostem na dzisiejsze czasy. Gdzieś po pięciu latach nastąpił okres stabilizacji.
– Jak Pan do tego podszedł psychicznie, bo bardzo różnie ludzie na taką sytuację reagują? Część mówi – dorobiłem się, dziękuję, sprzedają biznes i idą na emeryturę, mając lat trzydzieści kilka.
– No tak, praktycznie mogłem to wtedy zrobić, ale dla mnie wzrost nie był najważniejszy, ponieważ widziałem wiele złych przykładów wzrostu w Kanadzie i w Stanach Zjednoczonych, gdzie firmy wzrastały za szybko dla własnego dobra i nie miały tzw. przepływu gotówkowego. I pomimo że miały zamówienia, nie było przepływu gotówkowego i zostały bankrutami.
Tak że jest tu taka sytuacja, że wzrost jest często niebezpieczny. Za dużo pożyczek bankowych, za duże ryzyko, wahnięcie rynkowe może zachwiać te pożyczki, bank woła o pieniądze, nie ma z czego płacić i bankructwo. Za wszelką cenę starałem się tego uniknąć, bo to jest wbrew honorowi człowieka, żeby zbankrutował. 
Ponieważ mam wykształcenie techniczne, to postanowiłem, że będziemy firmą techniczną usługową, w dziedzinie komputerowej.
Ponieważ zaczęliśmy oferować bardzo niezawodne komputery, podchwycił nas przemysł nuklearny, który jest bardzo wymagający technicznie i ma specjalne zapotrzebowanie na "kości", wszystko musi być udokumentowane. Inżynier z elektrowni nuklearnej nie może pójść do sklepu i kupić byle czego.
To wszystko musi być udokumentowane tak jak produkcja wojskowa, od samego pierwiastka metalu, skąd został wydobyty, z jakiej kopalni, i wszystko od tego poziomu musi być udokumentowane do samego końca. No więc myśmy się czuli na siłach, że możemy sprostać tego rodzaju zadaniom, ponieważ Transduction była firmą techniczną, no i jesteśmy jako taka firma do tej pory. Jesteśmy dla wielu klientów ich niezbędnym partnerem do rozwiązania trudnych zagadnień komputerowych w elektrowniach nuklearnych.
– Mówi Pan, że przemysł się zainteresował, jakie to były firmy? Wiem, że Pan kooperuje też z przemysłem wojskowym.
– Dzisiaj jestem dumny z tego, że wszystkie elektrownie atomowe w Kanadzie, w głównych halach kontroli, czynnych 24 godziny na dobę, w których pracują operatorzy opłacani na poziomie 300 tys. dolarów na rok, bo to jest duża odpowiedzialność – mają nasze komputery i nasze monitory, dlatego że nasz sprzęt jest bardzo niezawodny i mają do nas zaufanie.
W wielu wypadkach sprzęt, który został im dostarczony powiedzmy trzydzieści lat temu, myśmy skutecznie zdołali wymienić na sprzęt nowoczesny, dopasowując się do starych technologii, które są w ich elektrowniach, co jest często bardzo trudne do wykonania. Ale potrafimy to robić i potrafimy to uzasadnić jakościowo. Nasze komputery mają u klientów długą historię niezawodnej pracy. Tak że ludzie mają do nas zaufanie.
Kilka lat temu amerykańska firma z Kalifornii Invensys zgłosiła się do nas, czy możemy jej opracować komputer, który mógłby uzyskać certyfikat klasy 1A amerykańskiej agencji atomowej, co nikomu jeszcze się nie udało. Pytanie było, czy ja się tego nie boję, bo wszyscy w Stanach, którzy potrafili projektować komputery tego rodzaju , odmówili, bo się tego bali. Więc powiedziałem, że ja się tego nie boję, nie chcę na razie pieniędzy, a za trzy miesiące będziecie mieli taki komputer i wtedy pogadamy o pieniądzach. Dzisiaj wiele z tych komputerów pracuje w Chinach w elektrowniach atomowych nowej generacji i są używane do kontroli i "emergency shutdown", czyli awaryjnego wygaszania reaktora.
– Czyli to Pana komputer decyduje...
– Tak. Jest ich piętnaście dookoła elektrowni atomowej, i z każdego z nich operator może zatrzymać elektrownię atomową. Taki sprzęt musi być niezawodny, bo tu chodzi o bezpieczeństwo.
– W atomowych łodziach podwodnych też instalowano komputery Transduction?
– W pewnych okresach NATO używało naszych komputerów na łodziach podwodnych do tzw. hydrofonów, żeby łódź atomowa widziała, co się dzieje na zewnątrz.
– Szmat czasu, czterdzieści lat. Czy Pan się wybiera na emeryturę?
– (śmiech) Praktycznie, po czterdziestu latach, kiedy się osiągnie taki sukces, że każdego roku się zarabia pieniądze, no to można pójść na emeryturę, ale to mnie nie nęci.
Uważam emeryturę za potworną nudę. Żona mnie nawet podziwia, że codziennie rano bardzo chętnie wyjeżdżam do pracy. W pewnym sensie mi tego zazdrości, mówi – jak ty radośnie idziesz do pracy, jesteś szczęśliwy, że lubisz swoją pracę.
Ogólnie rzecz biorąc, bardzo lubię pracować. Mam bardzo dobry zespół pracowników, stabilny – tutaj ludzie pracują po trzydzieści lat. Niesłychane jest, żeby ktoś się zwolnił. Ten zespół mnie uzupełnia, w dziedzinach, których ja nie lubię, jak na przykład księgowość, rysunki techniczne czy dokumentacja. 
Tak że mam bardzo dużą pomoc i jestem wolny, mogę tworzyć nowe rzeczy, prowadzić biznes i sprawować opiekę nad firmą. 
No i w pewnym sensie jestem teraz opiekunem ludzi w firmie, ponieważ ludzie mnie tutaj potrzebują.
– Powiedziałem sobie, idąc tutaj, że tym razem nie będziemy rozmawiać o polityce, ale mając Pana przed sobą, nie da się nie rozmawiać o polityce, dlatego zapytam o ocenę gospodarki. Jak Pan to widzi, jak to w ciągu czterdziestu lat się zmieniało? Pan działa w bardzo konkurencyjnym środowisku. Wspomniał Pan, że komputery Transduction pracują w Chinach, a tam przecież teraz tętni to serce gospodarcze świata, jak Pan ocenia naszą sytuację tutaj i jak Pan ocenia w tym świetle gospodarczą sytuację Polski?
– Trudno na to odpowiedzieć jednym zdaniem, ale ogólnie mówiąc, przez te ostatnie dwadzieścia pięć lat kolejne rządy robiły wszystko, aby gospodarki nie rozwijać, ale ją po prostu skompromitować.
– Mówi Pan o Kanadzie i USA?
– Mówię o Polsce. Tak jakby sukces w Polsce nie był dozwolony, jakby te kolejne rządy i ich ludzie mieli dyrektywę, żeby Polaków raczej gnębić brakiem rozwoju niż promować rozwój. Na przestrzeni lat nie widziałem żadnej pomocy ze strony rządu, żadnych logicznych postanowień, czy uproszczenia systemu podatkowego, czy chęci pomocy w produkcji eksportowej, czy też pomocy w założeniu nowych interesów czy jakichś ulg podatkowych.
Uważam, że – nie tylko w Polsce – ci, co rządzą, nie wiedzą, co robić, ale jeszcze po prostu mają jakieś dyrektywy, które im nie pozwalają na to, aby Polacy mieli warunki do osiągania sukcesów. Oczywiście, niektóre firmy mimo wszystko się wybiły, w niektórych dziedzinach, na przykład w produkcji gier komputerowych, Polacy są znani ze swoich umiejętności i te akurat firmy działają, ale to nie załatwia problemu bezrobocia w całym kraju.
Zresztą dzisiejszy biznes jest zupełnie inny niż ten, co był czterdzieści lat temu, a szczególnie w Polsce za komuny czy przed dojściem do tzw. wolnego rynku, gdzie stary koncept, gdzie duże firmy, molochy takie jak Ursus, produkowały wszystko u siebie w domu i nic nie kontraktowały na zewnątrz – to już jest koncept dawno przestarzały. Teraz wszystko się robi na zasadzie kontraktów. Kto ma najlepszą jakość i najlepszą cenę – czy mała, czy duża firma, to nie ma znaczenia – ci ludzie mają szansę na zdobycie biznesu.
W ogóle zmieniły się zasady robienia biznesu. Teraz my, na przykład, nieduża firma w Kanadzie, jesteśmy firmą globalną. Przedtem nasi kooperanci, jeśli chodzi o dostawę części komputerowych, to były głównie firmy amerykańskie. W tej chwili praktycznie 90 proc. części kupujemy z Tajwanu. Jeszcze nie z Chin Ludowych, ponieważ tam jakość jest jeszcze nie za wysoka. Może za 15 lat będzie OK, ale do tej pory nie mamy zaufania do jakości, do programów kontroli jakości w Chinach, podczas gdy Tajwańczycy opanowali to dosyć dobrze.
A więc codziennie mamy kontakty stąd z naszymi dostawcami z Tajwanu i Korei. I to jest coś niezwykłego, że to się zdarzyło za mojego życia. Nigdy nie myślałem (śmiech), że świat będzie tak mały. W tej chwili zadzwonić przez Internet Skype'em czy wysłać pocztę internetową do mojego dostawcy na Tajwanie to jest nic, ja traktują go tak, jakby tu był w sąsiednim pokoju.
– Codziennie ma Pan z nim kontakt?
– Tak. Tu nastąpiła wielka kooperacja technologiczna, i nie tylko, na zasadzie wymiany produktów, ale też na poziomie tworzenia nowych produktów. Często mamy zebrania, potrzebujemy takiego a takiego produktu, i myślę, czy ten dostawca z Tajwanu by nam tego nie zrobił, bo jest to za drogie w Kanadzie. Więc piszę list do Tony'ego, który jest na Tajwanie, opisuję mu, co chcemy zrobić, a on mówi, że to już prawie zostało zrobione, bo on już sam o tym pomyślał. Więc to jest fascynujące, współpraca międzynarodowa na tym poziomie.
– Powiedział Pan, że w Polsce niewiele da się zrobić, przez to że państwo nie pomaga ludziom, którzy mają inicjatywę. Jak Pan widzi szanse na zmianę? Byliśmy ostatnio świadkami wyborów prezydenckich, gdzie wiele stron miało hasło zmiany, wielu ludzi uważa, że tak dalej być nie może. Przeczytałem w jednym z wywiadów, że Pan myśli, żeby powrócić do polskiej polityki. Czy to prawda?
– Ubolewam, że z doświadczeniem, które zdobyłem w moim życiu, nie tylko w biznesie, ale i w polityce, że nie mogę być w Polsce pomocny na arenie politycznej. 
Politykę uważam za największą dźwignię do wprowadzenia zmian w społeczeństwie dla dobra mojego narodu. Ale z różnych powodów nie jestem mile widziany w Polsce. Już nie mówię przez te grupy, które są wobec mnie zdecydowanie wrogie i stale do dzisiaj mnie atakują, uważają za człowieka wybitnie niebezpiecznego, ale też przez nowych polityków na scenie, niekoniecznie ludzi z układu okrągłostołowego, mogę być uważany za niebezpiecznego.
– Mówi Pan o tzw. politykach antysystemowych?
– Tak. Tak że w moim wieku nie będę się wpraszał w różne sytuacje. Jestem człowiekiem ostrożnym, bo też chodzi mi o reputację, i nie będę rzucał wszystkiego, co zbudowałem w Kanadzie, dla byle jakiej organizacji. Jeżeli jest możliwość współpracy z wiarygodną organizacją, która ma szansę wprowadzenia zmian w kraju, chętnie do takiej organizacji się przyłączę, jeśli będę zaproszony.
Jeśli zaproszenie nie przyjdzie, no to trudno. Mam tutaj wiele do roboty. W Polsce jest dużo do zrobienia, dlatego że przez dwadzieścia pięć lat Polska była rządzona tak, jakby to rządzili jej wrogowie.
– Jak okupanci.
– Jak okupanci. Ci ludzie nie pragną, aby Polakom było dobrze w swoim kraju. Oni chcą wszystko przejąć dla siebie.
Tak że sukces w Polsce, w mojej opinii, do tej pory nie był dozwolony. Cała obietnica zmiany polega na tym, żeby w Polsce stworzyć warunki, aby ludzie sami się rozwijali. Przecież żaden rząd nie ma pieniędzy, aby kogoś rozwinąć, i nie ma do tego możliwości. A stworzenie warunków jest tak proste, tylko nie było na to do tej pory możliwości.
Wielu ludzi nie wierzy w ogóle w system wyborczy w Polsce, bo się zawiedli na tym tyle razy i uważają, że ten układ, który trwa od dwudziestu pięciu lat, jest tak zabetonowany, że nikogo nie dopuści, a jeśli już, to sfałszują wybory. Ale ja wierzę, że lepsza jest droga demokratyczna, jeśli chodzi o możliwość partycypacji w wyborach i wybrania swoich reprezentantów, niż jakaś rewolucja. Bo rewolucja niszczy wszystko. Tak że nie jestem zwolennikiem rewolucji, jestem raczej zwolennikiem...
– Mimo że w tej sytuacji wybory można sfałszować, że ta gra nie musi być fair?
– Do pewnego stopnia można sfałszować. Czego brakowało w polskiej polityce do tej pory, co jest ewidentne na Zachodzie, to że wyborcy nie rozumieją, że głos wyborczy na kandydata to za mało, za tanio.
Że jeśli już mamy kandydata, którego uważamy za wartościowego, to ten wyborca powinien swojemu kandydatowi dać jakieś pieniądze. To nie chodzi o duże pieniądze, chodzi o parę dolarów, w złotówkach 10 – 20 złotych. A poza tym co za ryzyko, można postawić na dwa czy trzy konie, na dwóch czy trzech kandydatów, przecież to nie są duże sumy. Wtedy jeśli jeden z tych trzech wyjdzie do góry i uda mu się wprowadzić jako lokomotywa...
– ...to będzie to dobra inwestycja.
– To będzie absolutnie dobra inwestycja. Przecież ten człowiek będzie reprezentował jego interesy. Niech wprowadzi logiczne, konieczne zmiany, żeby ten obywatel sam się rozwijał, żeby się nie bał, że jakiś sędzia mu zaszkodzi, że jakaś mafia ubecka mu zaszkodzi, że jakiś urząd skarbowy będzie mu robił krzywdę, nie będzie się bał komorników. Będzie obywatelem.
– Czego dzisiaj wszyscy w Polsce się boją i wszyscy żyją jak na rozżarzonych węglach, że nie wiadomo, co następny dzień przyniesie, czy nie zawitają właśnie jacyś urzędnicy ze skarbówki, czy nie będzie musiał zwijać interesu.
– Czy nawet się boi tego, że może być powołany z poboru, żeby pójść na wojnę z Rosją. Przecież to też jest jakaś paranoja w Polsce, ludzie się boją poboru.
– Nie ma poboru, ale rezerwistów mogą powołać do wojska.
– No właśnie. Więc po co te lęki?
– Jeśli można zainwestować i zmienić układ.
– Tak, oczywiście. I to bardzo prosto. Jeśli ludzie by zrozumieli, że jest konieczność zebrania pieniędzy na akcję wyborczą, szczególnie żeby zrównoważyć sytuację, bo wiadomo, że układ bierze pieniądze z budżetu państwa. To było ewidentne w ostatnich wyborach prezydenckich, gdzie obie partie PO-PiS razem z budżetu państwa dostały 35 mln złotych.
– Kto z tym może wygrać?
– No i proszę, jaki piękny wynik osiągnął Paweł Kukiz, mimo że zebrał tylko 540 tys. złotych. Co można zrobić za 540 tys. złotych, jeśli prawda stoi za człowiekiem? No bo za tamtymi stoi tylko kłamstwo.
– Oficjalnie poparł Pan w wyborach Mariana Kowalskiego z Ruchu Narodowego.Dlaczego?
– Przede wszystkim dlatego, że uważam go za naszego patriotę. Jest to uczciwy człowiek, który Polaków nie zdradzi. I pan Kowalski ma w sobie coś, co jest niezbędne do sukcesu w polityce, to znaczy ma wysoki stopień inteligencji emocjonalnej. Powiedziałbym innymi słowami, że ma instynkt czy że ma serce, serce dla ludzi.
Od czasu, kiedy go poznałem osobiście, obserwuję go przez dłuższy okres, jest to człowiek naprawdę wartościowy. I tu nie chodziło o to, że on wygra wybory, bo miał małe szanse. I to było ewidentne, że w każdym programie telewizyjnym, do którego był zaproszony, był dołowany, niemiłosiernie, perfidnie atakowany i przemilczany w sondażach.
Dlaczego? Bo jest człowiekiem niebezpiecznym, bo jest naszym patriotą. Właśnie tak patrioci są wykańczani w Polsce. Praktycznie w wyborach prezydenckich panu Marianowi zadekretowano śmierć cywilną, był nieobecny, ale mimo to uważałem za konieczne go poprzeć, bo w Polsce trzeba wypromować nowych liderów.
Zdecydowanie pan Marian Kowalski jest jednym z potencjalnych liderów przyszłej Polski. A takich liderów potrzeba kilkudziesięciu. Jeden nie wystarczy. Polska jest dużym krajem i potrzebuje wielu liderów. Oczywiście, może mieć jednego głównego, nie wszyscy muszą być głównym liderem. Potrzeba na różnych poziomach wielu liderów i dlatego poparłem pana Mariana Kowalskiego. I myślę, że to się udało do tego stopnia, że jego udział w wyborach prezydenckich, w których zdecydowanie bardzo dobrze wypadł...
– Świetnie wypadł podczas debaty.
– Praktycznie on wygrał debatę, wykazał się jako silny człowiek, który wie, jak się zachować w danych sytuacjach. Jest w tej chwili niezaprzeczalnie jednym z liderów nowej Polski. Ja mu życzę wszystkiego najlepszego w przyszłości i dalej go będę popierał, ponieważ tacy ludzie są nam potrzebni. Chciałbym ich więcej zobaczyć na scenie politycznej.
– Panie Stanisławie, kończąc, chciałbym bardzo, bardzo pogratulować. A po drugie, bardzo podziękować w imieniu wszystkich Polaków, za to że Pan, osiągnąwszy sukces materialny, wspiera inicjatywy patriotyczne, wspiera Polaków, że Pan czuje się w sercu Polakiem, który chce jakby własny sukces oddać dla kraju. To jest dla mnie bardzo budująca cecha i bardzo bym chciał, żeby znalazło się więcej osób, które by się na Panu wzorowały, bo wtedy Polska zyskałaby nową elitę gospodarczą, nową elitę polityczną; wtedy Polska by się mogła odrodzić.
Tak że jeszcze raz z serca gratuluję i dziękuję.
 
Wywiad z redaktorem patriotycznego tygodnika "Goniec" 29 maja 2015, Mississauga, Kanada: www.goniec.net


 
 

KOMENTARZE

  • Happy 40thBirthday Transduction!
    Gratulacje... i zyczenia nastepnych 40 lat!
  • OTO CZŁOWIEK SUKCESU. BRAWO!
    Serdecznie pozdrawiam z Ursynowa.
    + Niech dalej Pan Bóg prowadzi.
  • I jeszcze raz.
    Gratulacje .. i dalszych sukcesów życzę.
  • Co za przyjemnosc czytac taki urtykul !
    Firma gdzie ludzie sie nie zwalniaja i pracuja po 30 lat! Nieslychane!Czemu mnie sie nie trafilo na taka? Moze nie ma takich wiecej w Ponocnej Ameryce? Przepracowalem w kilkunastu firmach metalowych jako robociarz i kilkunastu jako inzynier projektant.W kazdej z nich przelozeni staraja sie ludziom prace utrudnic jak tylko sie da, wprowadzaja strach przed zwolnieniem,nie placa jak nalezy, codziennie zadaja 3 pytania:Kiedy skonczysz to zamowienie? Czy nie dalo by sie tego skonczyc szybciej? Czy nie moglbys w wolnych chwilach zaczac te nastepne 4 zamowienia?Wiekszosci tych firm juz nie ma i bardzo dobrze.Dla kontrastu przyjemnoscia bylo pracowac z Japonczykami gdzie nie liczy sie ludzkie ego a efekt pracy w zespole, gdzie wszyscy sa rowni, zespol podejmuje decyzje a szef tylko pyta w czym moglby pomoc.
    Konczac, gratuluje Panu sukcesu, zycze jeszcze wiekszego i dziekuje za ludzkie traktowanie Panskich pracownikow.
  • @staszek kieliszek 00:25:16
    Panie Staszku:

    Dziękuję za kompliementy :) Muszę się pochwalić, że przez 40 lat w moich firmach wypłata była zawsze na czas i premie za pomysły i specjalny wysiłek. Od przeszło 15 lat codziennie gotuję obiad dla pracowników.

    Ale dyscyplina pracy i szyk jak w wojsku musi być!!!
  • @Stan Tymiński 04:31:12
    YES SIR!
  • @Stan Tymiński 04:31:12
    :-( A ja głosowałem na Wałęsę... (to było moje pierwsze w życiu głosowanie)

    Tak mi dobrze, że dobrze mi tak!

    Gratulacje z okazji pięknego jubileuszu. Życzę co najmniej następnych 4 stówek i wejścia w organizację odległych galaktyk i otworzenia tam swoich filii. Serio.

    Serdeczności.

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031